Amitaba - Buddyzm : Dharma : Nirwana

Homeebook Mantry mp3LinkiSłownik buddyjskiOśrodki buddyjskieMantraŚwięta buddyjskiePolecane książki FAQŚlubowania Amitaby

 

Nirwana, Samsara, Bóg

 

Czcigodny Kanzen naucza, że nauki o nirwanie to tylko "...słowa które wypowiada jedna samsaryczna istota do drugiej samsarycznej istoty, a nirwana jest ponad tym..." Warto o tym pamiętać choć z drugiej strony bez słów nie było by tej książki.

 

Budda wchodzi w nirvanę - posąg kamiennyRozpłynięcie, wygaśnięcie, całkowity spokój i błogość tak mniej więcej wyjaśnia się pojęcie nirwany.

Droga do niej NIE prowadzi jednak przez wygaszenie pragnień i wszelkich aktywności życiowych. Nie trzeba nigdzie odchodzić w celu praktyki, zaszywać się w lesie czy wysoko w górach jak kiedyś sądzili adepci hinajany·. W Sutrze Lotosu napisano „Wszystkie rzeczy same w sobie są prawdą” Nie trzeba jej, więc szukać nigdzie indziej jak w samym życiu. To ono będzie nirwaną, gdy tylko urzeczywistnimy zrozumienie, że życie objawia się w działaniu dla samego działania. W tym celu należy odrzucić wszelkie porównania i koncepcje o istnieniu czy nieistnieniu nauczyć się dotykać rzeczywistości bez pośredników, jakimi są osądy. ”Po prostu” żyć i cieszyć się tym jak kwiat, który po prostu rośnie nie ograniczając swej wolności celami. To jest Nirwana.

Jeśli pojmujemy ją jako bliżej nieokreślone rozpłynięcie się w pustce czy też nieodradzanie mając na myśli całkowity brak świadomości. Jeśli w dodatku myślimy o nirwanie w kontekście własnego „ja” to staje się ona nieporozumieniem. Często Nirwanę pojmuje się jako ucieczkę z, Samsary którą utożsamia się ze światem zjawiskowym. Jednak Samsara nie jest miejscem a raczej procesem niewłaściwego działania, które stwarza niewłaściwe miejsca pełne cierpienia. Dlatego Nirwana nie może być ucieczką z miejsca, niczym z płonącego domu bez oglądania się na innych. Jest to zresztą niemożliwe. Taka intencja jest bardzo egoistyczna, przez co jej realizacja nie może zakończyć się powodzeniem.

Nirwana jest stanem, który kończy nasze niewłaściwe działania, nasz egoizm, podział na ja i reszta, jest niczym proces zerwania ze szkodliwym nałogiem, który szkodzi nam i pośrednio wszystkim naokoło. Po zerwaniu nadal tu będziemy, ale życie nabierze całkiem nowego smaku - intensywnego i pełnego w każdym momencie.

 

Nie ma ucieczki, trzeba sobie uświadomić, że nie jesteśmy prawdziwymi jednostkami, które mogą zakończyć swe istnienie i nie pojawić się już nigdy więcej. Przestrzeń umysłu jest jedna, wspólna wszystkim istotom i nawet, jeśli we wszechświecie pozostanie tylko jedna żywa istota to zawsze „my” nią będziemy. Nawet, gdy wszystkie istoty we wszystkich wszechświatach osiągną oświecenie i wszystkie w swej wolności wybiorą nie- odradzanie się to i tak w pustej przestrzeni umysłu pojawią się nowe formy życia. Taka jest właściwość przestrzeni, zawsze będzie stwarzać istoty by poprzez nie żyć. To życie jest prawdą, tyle, że prawdą umiejscowioną zbyt blisko naszych oczu byśmy mogli ją zobaczyć.

Tą prawdę lub właściwość przestrzeni ktoś mógłby nazwać bogiem.

Załóżmy, że jest coś takiego jak Bóg. On jest wszystkim, co istnieje. Nie ma żadnego zewnętrznego świata ani sfer „niebiańskich”. Jest czystą i nieograniczoną świadomością pozbawioną poczucia jednostkowego ego znanego nam z doświadczenia. Takie ego wytwarza się tylko wtedy, gdy istnieje świat zewnętrzny, który może go ukształtować.

Wyobraźmy samych siebie w sytuacji, gdy od urodzenia pozbawieni jesteśmy wszelkich zmysłów umożliwiających kontakt ze światem. Nasza świadomość jest pusta i nawet nie mogą pojawiać się myśli, które przecież za pożywkę mają doświadczenia zebrane poprzez odczucia zmysłowe. Jednak świadomość nie może być całkiem pusta nie była by, bowiem świadomością. Ona po prostu musi coś przeżywać. Musi istnieć podmiot świadomości, który będzie doświadczany. Zatem pojawiają się samoistnie różne zwidy na takiej samej zasadzie jak nasze marzenia senne, niezależne od woli. Zresztą nawet myśli pojawiają się niezależnie, co łatwo zauważyć, gdy świadomie próbujemy o niczym nie myśleć. Każdy może przekonać się o tym samodzielnie wystarczy usiąść w ciszy i spokoju, rozluźnić się próbując nie myśleć o niczym konkretnym. Myśli będą same będą się pojawiały i jedynie siłą woli możemy powstrzymać je na jakiś czas. Podobnie jest z tym hipotetycznym Bogiem, pozbawiony zewnętrznych wrażeń łapie się tego, co pojawia się w świadomości, utożsamia się ze zjawami własnego umysłu. Nie będąc zaś ograniczony jednostkowo może wyprodukować nieskończoną ilość światów zapełnionych istotami, które w rzeczywistości są nim samym. Wola doświadczania czegoś sprawia, że Bóg żyje naszym życiem i wszystkich innych świadomych stworzeń. Może być czystą miłością, bo któż nas pokocha mocniej niż my sami? Może też być najsprawiedliwszym sędzią, który osądza sam siebie w postaci wyrzutów sumienia i indywidualnej karmy. Może być stwórcą świata i wszystkich istot, które przecież nie są niczym innym jak nim samym.

Żeby było dziwniej to tak naprawdę nie wie nic o sobie, bo i jak?, gdy wszystko, czego może doświadczyć jest projekcją jego umysłu. Zresztą On nie jest kimś gdzieś tam, jest wszystkim absolutnie, nie ma poczucia własnego jednostkowego i boskiego „Ja”, żadnego chcę czy nie chcę, lubię nie lubię.

 

Budda nie zaprzecza istnieniu Boga a nawet bogów twierdzi jedynie, że wszystkie istoty posiadające osobowe „ja” powstają z niewiedzy i żyją w złudzeniu, czasem nawet w złudzeniu swej boskości. Do tej grupy zaliczyłbym też znanego nam Boga Jehowę czy też Jahwe. Jego imię - JHWH - znaczy „Jestem ten, który jestem” (w domyśle „ja” jestem”). Jeśli przyjmiemy, że Bóg ten pragnie naszego oddania, wiary i miłości to nasuwa się pytanie dlaczego Mu tego brakuje? Czyżby nie był istotą doskonałą? (Pragnienia są cechą przypisywaną tylko istotom samsarycznym, a wiec ograniczonym). Wydaje mi się, że istota będąca miłością raczej miłość daje niż jej oczekuje, tym bardziej, że czysta miłość nie jest transakcją wiązaną, jest bezinteresowna. Zakładając, że Bóg jest istotą doskonałą, pełną samą w sobie to trzeba również założyć, że stworzył świat nie po coś, ale po prostu dla samego aktu stwarzania, że nie jest On (Bóg) gdzieś tam na zewnątrz, ale sam jest tym światem czyli też wszystkimi istotami. Że nie oczekuje naszej wiary w Niego, ale raczej harmonijnego współżycia wszystkich istot ze sobą nawzajem i cała resztą tego świata. Że wreszcie coś co nazywamy dobrem i złem istnieje i tworzy w nim (W Bogu) jedną całość. Zło jest kontrastem dla dobra, pojęciem które możemy zrozumieć tylko w przypadku porównania go z dobrem, jedno bez drugiego nie może istnieć. Gdyby istniał tylko Szatan to byłby zły czy dobry?. Istota (Szatan) będąca uosobieniem zła która potrafi przeciwstawić się Bogu ogranicza tym samym Jego wszechmoc, zubaża Go. Jeśli istnieje niewyobrażalnie wielkie zło to istnieć też musi równe mu dobro. Więc albo są jednym i tym samym, albo Bóg i Szatan będąc odrębnymi istotami nie są idealni, ograniczają siebie nawzajem.

Bóg którego obraz możemy sobie stworzyć czytając pisma objawione nie wydaje się być tą ostateczną rzeczywistością, jakimś ideałem, jest raczej potężną choć nie wszechpotężną istotą. Tworem nie stworzycielem i opoką wszystkiego. Postawić go można w panteonie bogów greckich czy egipskich, ale nie ponad nimi. Prawdziwego „Boga” nie da się poznać studiując pisma, w ten sposób poznać można jedynie poziom zrozumienia piszących. Pewne minimalne pojęcie o „Bogu”  możemy natomiast wyrobić sobie obserwując (poznając) działania (nie słowa) ludzi którzy potrafili poświęcić nawet własne życie dla dobra innych istot (Wśród nich jest Jezus)  Są to ci wszyscy którzy otworzyli swe serca i pozwolili by ich działaniami kierował „Bóg”. (Piszę „Bóg” w cudzysłowie bo nie chcę Go definiować jako kogoś lub coś). Wnioski jakie możemy wysnuć z takich obserwacji są jednak bardzo dalekie od obrazu Boga - Sędziego w którego łaski trzeba się wkupywać poprzez uwielbienie i miłowanie. Sędziego który nagradza i karze wiecznością za korzystanie z wolności którą sam nas obdarował.

Jeśli mówimy już o nagrodzie i karze to Budda naucza, że nie istnieje wieczne niebo i piekło, te krainy sami stwarzamy przez swe czyny, myśli i słowa, po czym przeżywamy je do momentu wyczerpania przyczyn nagromadzonych w poprzednich żywotach. Nie warto jednak zabiegać o życie w tych krainach nawet, gdy jest nią niebo. Istoty, które w nim żyją mają się, co prawda bardzo dobrze, wręcz „bosko”, ale to powoduje, że nie są zainteresowane rozwojem duchowym, nie mają zresztą takiej możliwości i po wyczerpaniu się dobrej karmy upadają z powrotem do świata ludzi. Możemy sobie wyobrazić, jakich cierpień wówczas doświadczają. Nie ma, więc czego żałować, nasze ludzkie życie pomimo, a może dzięki cierpieniu ma najwyższą wartość tylko, bowiem człowiek ma możliwość wniknięcia w siebie oraz odkrycia swej prawdziwej natury - Oświecenia.

 

Mówi się, że największą siła na świecie jest właśnie miłość, podstawa tego twierdzenia staje się jasna, gdy weźmiemy pod uwagę, że wszystko tak naprawdę jest jednością, sama zaś miłość wynika z podświadomego pragnienia doświadczania owej jedności. Wszystkie religie mówią o miłości bliźniego jak mogłoby być inaczej, czy „Bóg” mógłby tak naprawdę krzywdzić samego siebie i cierpieć z tego powodu? Nie mógłby, gdyby był świadomy swego istnienia.

Cierpienie jednak istnieje, a spowodowane jest przez podstawową niewiedzę, zaciemnienie umysłu, które powoduje utożsamianie się ze złudzeniami i nie pozwala istotom zobaczyć prawdy o świecie. To złudzenie jest powodem wszelkiego działania. Widać to w postępowaniu ludzi, którzy kierują się różnymi poglądami uważanymi przez nich za prawdziwe, podczas gdy dla innych wcale takie nie są. Działanie powodowane niezrozumieniem podstawowych zasad istnienia świata powoduje ogrom cierpienia. To niewiedza powoduje, że utożsamiamy się z własnym ego i działamy pod jego dyktando. To utożsamianie się i wiara w istnienie zewnętrznych rzeczy powoduje zaistnienie pożądania i lgnięcie do przedmiotów, które same w sobie nierzadko są przewartościowane. Uważamy, że przedmioty mogą zadowolić nas w sposób, który jest dla nich niemożliwy. Stąd biorą się obserwowane u każdego człowieka egoistyczne działania, podczas których świadomie lub nie krzywdzi się innych.

Życie mogłoby być zabawą i wielką radością gdyby nie to, że „Bóg” zatracił się w swoich złudzeniach, nie wie już, co jest rzeczywiste a co nie. W tym momencie zabawa stała się zbyt poważna by mogła sprawiać radość. Wystarczy jednak przypomnieć sobie prawdziwe znaczenie wszystkiego, powrócić do korzenia zjawisk, aby wielka radość powróciła.

Świat zjawiskowy w takiej czy innej formie istnieje od zawsze i pewnie zawsze będzie jakiś istniał. Jego form nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, są niczym nieograniczone tak jak sama przestrzeń. Te światy są naszym domem, który nigdy się nie znudzi, bo ilość pomieszczeń, w których możemy przebywać jest nieograniczona. Każde z nich jest inne i dziwniejsze od poprzedniego. Ktoś mógłby powiedzieć, że to dom pogrzebowy pełen cierpienia, ale prawda jest inna, to tylko my go tak postrzegamy. Sami pomalowaliśmy pokoje na czarno tylko było to tak dawno temu, że pamięć o tym fakcie już dawno uleciała. Myślę, że nie ma, co narzekać tylko wypadałoby się wziąć za remont. Pomalować nie tylko swój kąt, ale wspólnymi siłami odnowić cały dostępny nam dom. Trochę kolorów na ściany i będzie nam się mieszkało przyjemnie. Poglądowo mówiąc podczas praktyki buddyjskiej zdrapujemy tandetną czarną farbę do momentu aż odsłonią się pierwotne czyste kolory ścian poza tym usuwamy nadmiar rupieci, które nie przynoszą pożytku a jedynie przytłaczają i przesłaniają widok. Można tak uczynić dosłownie w życiu przecież przestrzeń, którą się otaczamy wpływa na nasze samopoczucie, ono znowu wpływa na rodzaj naszych działań. Takie świadome kreowanie najbliższego otoczenia by pozytywnie wpływało na umysł jest istotą sztuki Feng Shui. Polecam.

Gdy dom (ten w przenośni i dosłownie) będzie już odnowiony powróci do nas radość. To właśnie jest celem istnienia – po prostu żyć i cieszyć się samym życiem.

Nauki buddyjskie, co prawda nie mówią tego, wprost, ale nakierowują czasami na różne okrężne sposoby. To oraz ilość i różnorodność nauk wynika z tego, że Budda rozumie wszystkich ludzi. Wie, że jesteśmy jak dzieci bawiące się na torach kolejowych, które zajęte zabawą nie widzą nadjeżdżającego pociągu. Gdyby przerwać im zabawę i na siłę ściągać z torów na pewno stawiałyby opór i nie udałoby się wszystkich uratować. Budda tego nie robi, On mówi, jeśli pobiegniecie szybko za mną stawiam wszystkim lody słodycze i inne smakołyki. Gdy dzieci już przybiegną to Budda nie tylko rozdaje te wszystkie rzeczy, ale zabiera wszystkich do wspaniałego wesołego miasteczka gdzie będą bawić się do woli.

Wybaczcie tą alegorię, chciałem tylko powiedzieć, że ilekroć przeczytacie jakąś buddyjską naukę, która wyda wam się głupia lub naiwna to przypomnijcie sobie tą opowieść, a wtedy zrozumiecie, że to jeden z gatunków słodyczy nie dla was akurat przeznaczony. Ludzie są tak różni jak różne są ich poglądy, a tych jest bardzo wiele. Tak samo dużo jest nauk buddyjskich przeznaczonych dla różnych rodzajów ludzi.

Nawet inne religie to tylko formy, takie cukierki mające zachęcić i pomóc człowiekowi na duchowej drodze. Prawdziwa religia, wiara i prawda są ukryte wewnątrz nas, sami jesteśmy prawdą. Jeśli uczciwie zadajemy sobie pytanie, uczciwie praktykujemy (niezależnie od wyznania) to po pewnym czasie odkrywa się przed nami sens tego wszystkiego, dostajemy właściwe odpowiedzi i przychodzi właściwe działanie.

Często odkryta przez nas prawda kłóci się z tradycjami i wierzeniami religijnymi, które wpajano w nas od dzieciństwa. To, dlatego, że tak naprawdę żadna religia nie może za pomocą form przekazać istoty naszego istnienia, może jedynie wskazać i naprowadzić. Niestety formy są brane przez niemądrych ludzi za istotę religii, za samą prawdę, a ich różnorodność, gdy jest błędnie rozumiana staje się przyczyną podziałów. Rozgraniczenie na „moja religia i twoja religia” „moja jest prawdziwa twoja błędna” rodzi tylko zamieszanie i konflikty.

Pozbądźmy się egoizmu i szczerze wsłuchujmy się w swoje serca, bowiem tylko tam możemy znaleźć ostateczną rzeczywistość. Według kryteriów chrześcijańskich jesteśmy częścią Boga, więc gdzie możemy go znaleźć jak nie w sobie?. Jak inaczej można wydobyć tą część, jak nie przez działanie?

Unikaj zła, czyń dobro to esencja nauk Buddy i Chrystusa. Pozytywne intencje i pozytywne działania oczyszczają umysł. Czysty umysł to czyste intencje, a zatem i działanie. O to chyba chodzi.  

15 luty 2006 

Nie mogę się powstrzymać, żeby nie wspomnieć o fakcie, że żadna "jedynie słuszna" religia nie uczyniła nic dobrego dla ludzkości. Żadna nie wykorzeniła zła i nie zmieniła ludzkiej natury. Po dwóch tysiącach lat istnienia religii chrześcijańskiej (tyczy się to i innych) trudno stwierdzić, że świat stał się lepszy. Jeśli nawet gdzieniegdzie się stał to nie jest to zasługą religii, a raczej poprawy warunków życia oraz postępu naukowego. Zresztą buddyzm też nie zmienił całych narodów nie można przecież powiedzieć, że tacy Tybetańczycy to wyjątkowo święty naród, ale... Buddyzm nie zna pojęcia wojen religijnych, nie zna nietolerancji i przez to nie przysporzył ludzkości tylu nieszczęść, co religie "jedynych bogów". Ludzie są tacy jak naucza Budda - pomieszani, zawsze tacy byli i zapewne będą, a religie mają zdolność zmieniania jedynie jednostek, które same naprawdę tego pragną.

<< | >>

 <powrót do spisu treści  



Buddyzm