Amitaba - Buddyzm : Dharma : Nirwana

Homeebook Mantry mp3LinkiSłownik buddyjskiOśrodki buddyjskieMantraŚwięta buddyjskiePolecane książki FAQŚlubowania Amitaby

 

Budda

Budda Siakjamunu

O życiu Buddy Siakjamuniego powstało już jednak tyle wspaniałych książek, że ja ograniczę się tylko do małego szkicu.
Historia zaczyna się mniej więcej 2500 lat temu w północnych Indiach podzielonych wówczas na małe państewka rządzone przez klany, czy też rody królewskie, jak pewnie sami woleliby się nazywać. Jednym z takich państewek, a właściwie miastem o nazwie Kapilavatthu rządzili król Suddhodana Gotama i królowa Mahamaja lub po prostu Maja. Królewska para dość długo nie mogła się doczekać męskiego potomka, więc gdy pewnej nocy królowej przyśnił się biały słoń wchodzący do jej łona potraktowali to jako dobry omen i z nadzieją czekali na dalsze znaki. Sen okazał się proroczy, a królowa niebawem stała się brzemienną. Kiedy miało już dojść do rozwiązania, Maja wedle zwyczaju udała się w podróż do domu swych rodziców. Jej droga prowadziła przez miejscowość Lumbini1, gdzie w pięknym ogrodzie królowa zatrzymała się na odpoczynek. Zachwycona cudownością ogrodu skąpanego w promieniach wiosennego słońca Maja wybrała się na spacer pośród kwitnących drzew Asioka i tam właśnie w momencie, gdy sięgnęła po ukwieconą gałązkę2 rozpoczął się poród. Ten pamiętny dzień ósmego kwietnia stał się okazją do świętowania dla całego ludu, a jak głosi legenda weseliło się też całe stworzenie, wszystkie żywe istoty na niebie i ziemi. Oczywiście najbardziej szczęśliwy był król, który doczekał się wreszcie potomka i spadkobiercy. Nadał synowi imię Sidharta (Siddhartha – „ten, który osiągnął cel”. Sanskryt). Pośród powszechnej radości i świętowania pojawił się w pałacu stary pustelnik zwany Asita. Nie wiadomo skąd przyszedł, ale tacy mędrcy mają we zwyczaju pojawiać się w niezbyt odpowiednich czasach i miejscach by wprowadzać zamieszanie swymi przepowiedniami. Tak było i tym razem. Asita na osobności przekazał królowi proroctwo dotyczące jego nowo narodzonego syna - „Jeśli książę przed koronacją nie opuści pałacu, wtedy zostanie wielkim władcą i podbije cały świat. Ale jeśli porzuci on pałace i poświęci swe życie sprawom duchowym, wówczas stanie się Buddą - świata Wybawcą”. Oczywiście ta druga opcja była dla starego króla nie do przyjęcia, choć pozycja mnicha ascety wcale nie była w tamtych czasach czymś niegodnym. Wiadomo jednak, jakie oczekiwania mieli od dawien dawna królowie w stosunku do swych potomków. Zwłaszcza tych jednych, jedynych. Siddhartha miał zostać królem, wielkim władcą i basta. Snując takie marzenia stary król obmyślił chytry plan utrzymania syna w pałacu z dala od prawdziwego życia. Zapewnił mu wszelkie luksusy, wypełnił dnie najwymyślniejszą rozrywką, zarządził też by młodemu księciu zawsze towarzyszyli młodzi dworzanie i piękne dwórki odwodzące jego zmysły i umysł od spraw ducha. Plan był iście królewski, ale nie przewidywał jednego, tego, że młodzieży nie sposób upilnować, gdy ta czegoś zapragnie. Zwłaszcza, jeśli zapragnie tego, co niedostępne. Tak też pewnego dnia książę wymknął się z pałacu wraz z przyjacielem, który miał go pilnować i wyruszył czy też „wyskoczył” jak to się teraz mówi na miasto. To co ujrzał podczas takiej wycieczki zapewne nie odbiegało zanadto od widoków na które natyka się człowiek wędrujący po współczesnych miastach indyjskich. Pomijając bogate dzielnice również i dziś ludzie żyją na ulicy, śpią, jedzą, myją się na ulicy i często też na ulicy umierają. W czasach Siddharthy na pewno nie było inaczej nic dziwnego, że z każdej takiej wycieczki książę powracał dziwnie zamyślony i przygnębiony. On, wychowany wśród zbytku, młodości i piękna zetknął już na pierwszej wycieczce się ze starością i zrozumiał, że wszystko przemija - młodość przemija, radość przemija, na co komu zbytki i luksusy skoro nie można się nimi cieszyć na zawsze. W drugim dniu ujrzał chorego, pokrytego wrzodami człowieka, który cierpiał ogromne męki. Ten ogrom cierpienia jeszcze bardziej przytłoczył Siddharthe, ale i tak postanowił kontynuować poznawanie prawdziwego życia. Również trzeci spacer po mieście nie oszczędził mu nieprzyjemnych widoków, natknął się bowiem na kondukt żałobny niosący zmarłego w pobliże rzeki by tam spalić zwłoki a prochy rozsypać do wody. Płacz i zawodzenie bliskich zmarłego uświadomiły mu jakim cierpieniem jest strata kogoś bliskiego. Książę pozostał do końca ceremonii, by już po wszystkim porozmawiać z żałobnikami. Poznał wtedy jeszcze jedną prawdę, że śmierć jest nieunikniona i czeka ona każdego, że wszystko, co istnieje musi przeminąć i zamienić się w pył. Tego wieczora książę nie mógł zasnąć, wciąż rozmyślał o wartości życia, o jego sensie, po co marnować życie na zdobywanie bogactw, władzy na wszelakie uciechy zmysłowe przecież, to naprawdę puste i bez znaczenia sprawy w obliczu nieuniknionej śmierci. Czyż w naszym zachodnim świecie nie jest szokiem śmierć, z którą stykamy się osobiście? Lub, jakim doświadczeniem jest odkrycie pierwszych siwych włosów na skroni... Przecież my nie mieliśmy się zestarzeć, to jakaś pomyłka, niewczesny żart... Często w takich momentach dopiero zauważamy iluzję, którą braliśmy za życie, pojawiają się pytania o sens tego wszystkiego i refleksje nad dotychczasowym postępowaniem. Podobnie i Sidharta zrozumiał, że jego dotychczasowe życie było niczym przyjemny sen i tak jak każdy sen kiedyś się zakończy. Od tego czasu książę już nie potrafił bawić się, jak dotychczas, już nie kobiety i sport były tematami rozmów przy książęcym stole, ale sprawy znacznie poważniejsze dotykające samej egzystencji. Rozbudzona duchowość księcia pragnęła odpowiedzi których nikt nie znał. Na ich poszukiwaniu Siddhartha spędził następnych kilka lat, zdążył się w tym czasie ożenić i spłodzić syna któremu nadał imię Zahula. Miał wtedy około 29 lat i wciąż nie znał odpowiedzi na ciążące coraz bardziej pytania, nie znał swojej drogi. Ciągle rozmyślając często spacerował po otaczających pałac parkach i lasach, aż stało się, pewnego dnia napotkał ascetę, który pomimo zabiedzonego wyglądu promieniował spokojem. Książę zrozumiał wtedy swoje powołanie i postanowił poświęcić swe życie ascezie. Jako potomek władcy miał Siddhartha naturę szlachetnego wojownika postanowił, więc walczyć w imieniu wszystkich żywych istot, walczyć z cierpieniem świata i zdobyć tak bardzo poszukiwane szczęście dla wszystkich. Porzucił tedy świeckie życie czyniąc ślubowania zwane obecnie Czterema Wielkimi Ślubowaniami: Poprzysiągł wyzwolić wszystkie żyjące istoty bez wyjątku, wyrzec się wszelkich ziemskich pragnień, poznać wszystkie nauki oraz osiągnąć Doskonałe Oświecenie. Z ciężkim sercem pożegnał żonę i synka, osiodłał konia i ruszył przed siebie. 
Opuścił pałac i zamieszkał w lesie narzucając sobie zasady ascetycznego życia.
Przez sześć lat pobierał nauki u różnych duchowych nauczycieli, oddając się coraz surowszej ascezie i obiecując sobie, że „żaden asceta w przeszłości, teraz ani w przyszłości nie był, ani nigdy nie będzie tak gorliwy jak ja”. Stał nieruchomo w deszczu i w palącym słońcu, gorliwie ćwiczył zatrzymanie oddechu, wypróbował praktycznie wszystkie metody znane współczesnym mu joginom i... Nie osiągnął nic. Gdy któregoś tam dnia ścisłej głodówki był już u kresu sił i właściwie bliżej śmierci niż oświecenia zauważyła go dziewczyna z pobliskiej wioski, pochyliła się nad nim ze współczuciem i zaoferowała pożywienie. Sidharta wpatrywał się w jej oblicze półprzytomnie i nagle przyszło olśnienie
Współczucie, to jest to.
Ta uboga dziewczyna zapomniała na chwilę o swoich własnych problemach widząc cierpienie księcia, potrafiła oddać mu swój posiłek nie bacząc, że za chwilę sama będzie głodna. 
Sidharta czuł, że jest to niezmiernie ważne.
Zapewne nie potrafił tej myśli powiązać logicznie ze swoją ścieżką, ale stała się ona tropem wiodącym do odkrycia jedności całego życia.
Później, gdy książę odzyskał nieco sił i jasność umysłu przemyślał sobie raz jeszcze to doświadczenie. 
Odczucie jedności pomaga pozbyć się własnych doznań.
Cierpienie przypisane jest do „ego” każdej istoty, gdy to znika na chwilę pod wpływem współczucia, to znika też cierpienie.
Dzięki umiejętności wczucia się w sytuację innej istoty człowiek najwidoczniej przestaje zauważać własne cierpienie a ofiarowana pomoc zmniejsza cierpienie innych. Książę wreszcie poczuł, że jest częścią czegoś wielkiego i pięknego, dało mu to nadzieję i podporę psychiczną do dalszych poszukiwań. 
W tej jednej chwili dotarło też do niego, że ciało, które tak usilnie chciał zniszczyć jest zbyt cennym narzędziem w walce z cierpieniem i w dodatku jedynym, jakie posiadał.
Wniosek nasuwał się sam. 
- Potrzebna jest bardziej wypośrodkowana droga bez głodu, pragnienia i bólu, które rozpraszają uwagę tak potrzebną w poszukiwaniach istoty życia. 
Asceza okazała się błędem, który zabrał zbyt wiele cennego czasu...
Budda przypomniał sobie wtedy zasłyszane kiedyś dawno pouczenie, jakie dawał nadworny muzyk swojemu uczniowi: "jeśli napniesz strunę zbyt mocno - pęknie, jeśli za słabo - nie wyda żadnego dźwięku". Ta nauka przydała się teraz, choć nie doskonały dźwięk miał być jej celem. 
Książę z nowymi siłami i nadzieją rozpoczął nowy etap poszukiwań bez nadmiernych udręk ciała, ale też bez folgowania sobie nie wiedząc jeszcze, że właśnie rozpoczął wędrówkę po ścieżce środka.
W miejscu znanym dzisiaj jako Bodh Gaja3 usiadł do medytacji pod wielkim, rozłożystym drzewem. Uczynił to z silnym postanowieniem, że musi osiągnąć cel, którego szukał już od tylu lat bezskutecznie.
Dzień czy noc, słońce czy deszcz, nie zważał na nic.
Medytował.
Siedząc nieruchomo przez wiele dni walczył z pokusami i strasznymi wizjami wyłaniającymi się gdzieś z podświadomości, wreszcie pozbył się ich wszystkich. W całkowitym spokoju wolny od wszelkich myśli i pokus dotarł do najgłębszego zakątka swego umysłu, do centrum wszechświata wolnego od wszelkich koncepcji „ja”, „ty”, dobre, złe...
Zwyciężył samego siebie.
Gdy tak siedział pod drzewem w stanie całkowitej jedności z wszechświatem do jego oczu dotarły promienie wschodzącej gwiazdy zarannej i wtedy...
Doznał Wielkiego, Całkowitego Oświecenia (Anuttara Samjak Sambodhi), poznał Prawdę Absolutną i już wiedział jak można pomóc odczuwającym istotom... Nie istniała już żadna różnica między nim, a resztą owych istot. 
Łatwo się pisze i czyta, że Budda usiadł pod drzewem i osiągnął oświecenie, ale tak naprawdę to oświecenie było  zwieńczeniem praktyki wykonywanej w wielu, wielu poprzednich żywotach. Droga do urzeczywistnienia jest długa i pracochłonna, bo zwłaszcza w naszych czasach nie jest łatwo (zresztą nigdy nie było) zerwać z nawykami, które są istotą naszego jestestwa (tak nam się przynajmniej wydaje). Buddyjska droga jest czymś, co idzie pod prąd naszej zwykłej, ludzkiej  natury - jest sprzeczna z naszą naturą i dlatego właśnie prawdziwa.
Wracając Do Buddy, po osiągnięciu oświecenia siedział jeszcze pod drzewem przez trzy tygodnie i zastanawiał się czy i jak przekazywać światu swoją ścieżkę, wtedy to nawiedził go Bóg Brahma, który w imieniu wszystkich istot prosił o przekazanie im Drogi do Oświecenia. Budda już zupełnie przekonany ruszył w drogę i w Jelenim Parku w pobliżu miasta, które zwie się obecnie Benares, a dawniej Varanasi poruszył Kołem Dharmy, czyli rozpoczął nauczanie. Pierwsze kazanie skierował do swych dawnych towarzyszy w ascezie, pięciu joginów – ludzi zainteresowanych głównie pozbyciem się własnego cierpienia. Tymi naukami były Cztery Szlachetne Prawdy, czyli prawda o cierpieniu i sposobie pozbycia się cierpienia. Budda resztę swojego życia spędził wędrując po północnych Indiach nauczając zasad swojej religii wszystkich, którzy tylko chcieli słuchać. Zmarł w wieku 80 lat (około 560-480 p.n.e.) nauczając do samego końca, a jego ostatnie słowa do uczniów brzmiały: 
„Siebie uczyńcie światłem. Polegajcie na sobie: nie bądźcie zależni od nikogo innego. Moje nauki niech będą waszym światłem. Postępujcie zgodnie z nimi, a nie z żadnymi innymi.
Do historii przeszedł jako Budda Siakjamuni czyli przebudzony mędrzec z klanu Siakjów.

 

<< | >>

 

<powrót do spisu treści



 



 

Buddyzm